Ostatni list – opowiadanie

0

– Kolejny dzień w pracy – pomyślał Robert, kończąc rozmowę przez telefon. Westchnął głęboko, schował smartfona do kieszeni i rozejrzał się po mieszkaniu. Szybko chwycił klucze do auta, w biegu złapał jeszcze coś do jedzenia i szybkim krokiem ruszył do garażu. Zazwyczaj nie dzwonili do niego o tej porze, ale zdążył się już przyzwyczaić do tego, że nie powinien się przyzwyczajać do niczego. Szczególnie do chwil błogiego spokoju i niczym nie zmąconej ciszy.

Sprawiał pozory, że drażnią go te nagłe wezwania po godzinach pracy. Dawał temu nawet głośno wyraz przy różnych okazjach. W rzeczywistości jednak dawały mu one poczucie bycia potrzebnym. Dopóki telefon dzwonił, wiedział że ma zajęcie. Jego umiejętności wciąż były potrzebne. No i przede wszystkim nie musiał tkwić w czterech ścianach szukając punktu zaczepienia dla myśli i zajęcia dla rąk. Tak było znacznie wygodniej.

Nie chciał wpisywać się w stereotypowy obraz zmęczonego życiem policjanta borykającego się z rodzinnymi problemami. Cokolwiek jednak robił, tylko utwierdzało go to w przekonaniu, że nie ma innego wyjścia. Żona już dawno stwierdziła, że ma tego dość. Nastoletnia córka wprawdzie zamieszkała z nim, ale i tak nie mieli o czym rozmawiać. Codzienność gimnazjalistki i rzeczywistość czterdziestoletniego policjanta to światy równoległe. Ich dialog sprowadzał się do pospiesznie wypluwanych równoważników zdań, co bardziej przypominało przesłuchanie niż faktyczną rozmowę. W sumie nie powinien się temu dziwić. W końcu to właśnie jego obwiniała za śmierć matki. Sam nie chciałby ze sobą rozmawiać.

Kiedy dotarł na miejsce stwierdził z ulgą, że tutaj przynajmniej nie będzie musiał się silić na towarzyskie gierki. To kolejny plus pracy w wydziale kryminalnym. Jego potencjalni rozmówcy zazwyczaj leżeli na podłodze. W białej aureoli konturu denata. Wchodząc do obcego mieszkania rzadko czuł coś więcej niż obojętność rutyniarza. To jeden z powodów, dla którego dzwonili do niego w szczególnych przypadkach. Nawet najbardziej nieprzyjemny widok nie robił na nim większego wrażenia. Podchodził do tego w pełni profesjonalnie. Ciało to ciało. Zwłaszcza martwe. Gromadził więc fakty, zbierał dowody, dawał dyspozycje technikom, notował obserwacje i spostrzeżenia i prawdopodobny przebieg zdarzeń.

Tym razem wszystko odbyło się inaczej. W momencie gdy przekroczył próg, uderzyło go silne przeczucie graniczące z pewnością, że nie musi nic sprawdzać, niczego badać ani dokonywać zwyczajowych oględzin. Każdy krok utwierdzał go w przekonaniu, że wiedział co się tutaj wydarzyło.

Wiedział, że w pierwszym pomieszczeniu po prawej była łazienka. W niej maleńka wanna wciśnięta między umywalkę i wąską pralkę. Pod sufitem rozwieszone były kąpielowe ręczniki. Okrągłe lustro było pęknięte, przez co odbicie twarzy było asymetryczne. Zakurzona, czterdziestowatowa żarówka, bynajmniej nie energooszczędna, ledwo wystarczała, by rozświetlić tę klitkę. Woda wypełniała wannę. Kran musiał ktoś niedawno zakręcić, ale i tak podłoga zalana była czerwona posoką. W wodzie unosiło się bezwładnie ciało kobiety. Nie widział jej twarzy zakrytej długimi, czarnymi włosami, ale wiedział, że była piękna. Wiedział też, że gdyby spojrzał na jej nadgarstki zobaczyłby precyzyjne cięcia. Gdzieś tutaj musiała też leżeć buteleczka z lekami. Zapomniał nazwy.

W końcu korytarza znajdowała się kuchnia. Mimo niewielkiego okna, było to jasne pomieszczenie. Przytulny wystrój, ciepłe kolory mebli i ścian, wygodne krzesła. W takich miejscach zazwyczaj przesiaduje się do późna w nocy i rozmawia o życiu popijając gorącą herbatę lub zimnego drinka. Na lodówce kilka samoprzylepnych karteczek, lista zakupów, numer telefonu do Moniki, menu pobliskiej pizzeri i adres firmy, której nazwa nic mu nie mówiła. Dopisana obok data i godzina mogła sugerować termin rozmowy kwalifikacyjnej. Spojrzał w kalendarz – termin minął kilka dni temu.

W oczy rzucała się jednak tak naprawdę tylko jedna kartka. Wyrwana naprędce z zeszytu i zapisana drobnym maczkiem. Na samej górze dostrzegł imię i nazwisko wypisane drukowanymi literami. Już widział taki list. Cztery lata temu. W takim samym mieszkaniu. Jego własnym. Zamknął oczy, przełknął głośno ślinę i zaczął czytać.

Nazwisko adresata nie należało do niego, ale każde kolejne słowo sprawiało, że czuł się nim coraz bardziej. Odsunięte głęboko w niepamięć wspomnienia powracały właśnie ze zdwojoną siłą. Przed oczami pojawiły się obrazki z rodzinnej sielanki, gwałtownych kłótni, trzaskających drzwi, wzruszeń, łez szczęścia i bólu. Zobaczył twarz córki, która wciąż była zbyt mała, żeby zrozumieć dlaczego to się dzieje, a jednocześnie za bystra, by nie wiedzieć, czego jest świadkiem. Z biegiem lat w jej spojrzeniu dostrzegał coraz więcej rozgoryczenia i, co gorsze, obojętności. Nadzieja zgubiła się gdzieś po drodze. Wybiegła z płaczem na klatkę schodową, schowała głowę pod kołdrą lub zamknęła się w sobie, zakrzyczana przez brutalny świat dorosłych.

Czytając tę litanię wyrzutów, pretensji i bezsilnego gniewu, czuł się jakby oglądał swoje życie z boku. Gdyby spróbował opisać jego przebieg, użyłby dokładnie takich samych słów. Nawet chronologia się zgadzała.

Zimna kropla potu powoli spłynęła mu po plecach. Uświadomił sobie, że znał ten charakter pisma. Dokładnie rozpoznawał poszczególne litery i szybkie pociągnięcia długopisem. W ten sam sposób napisany był list, który znalazł w swojej kuchni. Z tą różnicą, że w tym adresowanym do niego, nie było nic poza desperacko powtarzanym jego imieniem. Żadnego słowa wyjaśnienia. Ani jednego powodu, jednoznacznej przyczyny, czegokolwiek, co pozwoliłoby mu zrozumieć dlaczego.

To wszystko miał właśnie przed oczami. W liście napisanym ręką obcej mu kobiety, która znała go lepiej niż on sam. Nagle odpowiedź na pytanie co dalej zmieniła się z abstrakcyjnej na zupełnie realną. Poczuł, że w jego życiu jest jeszcze miejsce na coś więcej niż tylko służbowe obcowanie ze śmiercią.

Spóźniony list przyniósł mu treść, której nie spodziewał się już odnaleźć.