Marzenia trzeba spełniać

Koncert The Rolling Stones w Warszawie

0

Dwadzieścia lat. Tyle czasu upłynęło od pierwszej myśli, że fajnie byłoby zobaczyć Stonesów na żywo. Myśl ta w jakiś sposób towarzyszyła mi przez cały ten czas. Trochę jak marzenie, a trochę jak postanowienie „od jutra dieta”. Byłoby cudownie, ale w głębi wiesz, że to tylko takie gadanie.

Równie wspaniale byłoby zobaczyć Wielki Kanion, ale doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie ma na to szans. Gdzie Rzym, gdzie Krym? Gdzie ja, a gdzie Kolorado? Tymczasem w chwili kiedy piszę te słowa, minęło już niemal 5 lat, odkąd stanąłem na krawędzi kanionu w niemym zachwycie. Nie dowierzając, że to dzieje się naprawdę i co więcej, robi jeszcze większe wrażenie, niż mogłem to sobie wcześniej wyobrazić. Nierealne marzenie, wbrew logice i prawdopodobieństwu spełnione. I smakujące wybornie aż po dziś dzień.

koncert the rolling stones

The Rolling Stones na żywo to ten sam kaliber marzeń. Najsłynniejszy, a na pewno najstarszy i być może ostatni prawdziwie rockandrollowy zespół na świecie. Grający razem tak długo, że każda zapowiedź trasy koncertowej wydaje się być już tą ostatnią. I z racji metryki faktycznie taką może być. i tak już od 20 lat.

Jagger, Richards i reszta uparcie kroczą jednak dalej. Wbrew wszystkiemu i wszystkim. Niczego nie muszą. Osiągnęli już chyba wszystko, o czym można zamarzyć, a jednak wciąż wychodząc na scenę, tryska z nich entuzjazm i niczym nieskrępowana radość. Obserwowanie w jaki sposób panują nad każdym elementem swojego występu, jak angażują publiczność, jak bez słów rozumieją się i wiedzą, co trzeba robić było fascynujące. Tak samo jak młodzieńcza radość emanująca każdego gestu i uśmiechu na pokrytej bruzdami zmarszczek twarzy.

Tak trzeba żyć. Tylko wtedy ma to sens, kiedy patrząc wstecz, na drogę, która Cię doprowadziła do tego miejsca, wiesz, że było warto. Wszystkiemu wbrew. Światu na przekór. W zgodzie ze sobą.

koncert the rolling stones

Nagroda? Kilkudziesięciotysięczny tłum składający się z osób niezliczonych narodowości, języków, obejmujący cztery lub pięć pokoleń, wpatrujący się z zachwytem w to, co robisz. Klaszczący w dłonie, tańczący, skaczący lub obserwujący w milczeniu, ale w każdym przypadku czerpiący energię płynącą ze sceny i odwzajemniający ją, zwielokrotnioną przez pięćdziesiąt tysięcy gardeł i klaszczących w równym rytmie dłoni.

Wzajemne połączenie niewidzialnymi nićmi dające przekonanie i wiarę w to, że życie jest i powinno być piękne, że niesie w sobie pozytywny ładunek, nawet jeśli głęboko ukryty przed przypadkowym spojrzeniem. Taką wiarę niesie ze sobą moc płynąca z gitarowych riffów, melodycznej linii basu, pulsującej perkusji i szalonej ekspresji scenicznej.

(I Can’t Get no) Satisfaction

To wszystko to jednak tylko słowa. Próba nazwania tego, co działo się w mej głowie przez magiczne dwie godziny. Jak mam oddać słowami coś, czego sam do końca nie rozumiem? Jak opisać uczucie spełnienia marzenia? Mogę tylko powiedzieć, że absolutnie było warto. Satysfakcja wynagradza wszelkie trudy, problemy, czy przeciwności. I jest możliwa do osiągnięcia. Nawet jeśli Jagger w największym swym przeboju, żali się, że nie jest mu ona dana. To ciągłe pragnienie i nienasycenie nieustannie go jednak napędza, więc pozostaje mi się tylko z tego cieszyć.

Odtwarzam w myślach ten koncert. Pamiętam, że przez kilka pierwszych utworów nie mogłem przestać się uśmiechać. Wpatrywałem się w scenę, w imponujące rozmiarami ekrany, wsłuchiwałem się w ogłuszająco mocne dźwięki i uśmiechałem się coraz szerzej. W głowie kołatała mi bowiem myśl – to się dzieje naprawdę!

Naprawdę jestem na TYM koncercie. Te dźwięki powstają na żywo. Mick skacze po scenie jak szalony, Keith pozornie niedbale wygrywa kolejne akordy, Ronnie dzielnie mu towarzyszy, a nieco z tyłu Charlie spina to wszystko, wybijając rytm na perkusji. Najprostsze składniki składające się na unikalną całość. Piękna sprawa, aż się wzruszyłem, co nieczęsto mi się zdarza.

koncert the rolling stones

I nawet niedomagający pod względem akustycznym Stadion Narodowy nie był w stanie zniweczyć tego uczucia. Siła muzyki okazała się większa niż indolencja projektantów obiektu. I moja trochę też, bo jednak koncert trzeba oglądać z płyty, a nie z trybun. Może i z wysokości lepiej wszystko widać, ale to w końcu koncert rockowy. Powinno być tłoczno i duszno. Właśnie w tym zbiorowym ciele bije serce muzyki. Taka nauka na przyszłość.

Zresztą już po wielkim finale, gdy wybrzmiały już ostatnie dźwięki i rozwiał się dym z fajerwerków, na telebimie wyświetlił się napis „Do zobaczenia wkrótce!”.

koncert the rolling stones

Trzymam ich za słowo.

Zdjęcia moje