Kiedy dziecko było bogiem

Maja Lunde "Historia pszczół"

0

Patrzysz, jak ta maleńka istota rośnie, nabiera sił, zdobywa kolejne umiejętności. Staje się człowiekiem. Masz wobec niego wielkie plany. Chcesz mu uchylić nieba, byle tylko było szczęśliwe. Chronisz je przed złem i niesprawiedliwością, starasz się pokazywać, co jest dobre, a co złe. Uczysz trzymać widelec w ręce i język za zębami, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Pracujesz i zarabiasz, aby niczego mu nie zabrakło. Zapewniasz dach nad głową i poduszkę, aby mogło się na niej położyć, kiedy nadejdzie noc. Czuwasz nad ranem, kiedy choruje i nie śpisz, kiedy nie wraca o wyznaczonej godzinie. Chcesz rozmawiać z nim o wszystkim, a pytasz „co w szkole”. Nie wyobrażasz sobie świata, którego ono nie jest centrum, podczas gdy Wasze planety krążą po oddalających się orbitach. Mijacie się w drzwiach łazienki, pospiesznie wymykając się ku swoim codziennym sprawom i obowiązkom, chociaż w głębi duszy nie pragniecie niczego poza tym, aby się zatrzymać i pobyć razem.

Czy trudno być rodzicem? Czy wychowanie potomstwa jest obecnie bardziej wymagające, niż bywało kiedyś? A może różnice są tylko pozorne i sprowadzają się jedynie do formy, podczas gdy sedno problemu i trudności pozostaje niezmienne od wieków. Nie wiem tego. Nie jestem rodzicem. Nie będzie to jednak pierwszy ani tym bardziej ostatni raz, kiedy wypowiem się na temat, na którym się nie znam.

“Historia pszczół” i nie tylko

Czemu w ogóle o tym pomyślałem? Skąd ten temat? Czytałem ostatnio “Historię pszczół” Mai Lunde. Popularną książkę, która ukazała się w Polsce kilka lat temu, a w rodzimej Norwegii była bestsellerem.

Tylko pozornie opowiada ona o pszczołach właśnie. Nie da się jednocześnie ukryć, że są one kluczowym dla całej historii elementem, niejako spajającym ją w całość. Dość szybko jednak okazuje się, że pisarkę interesuje coś więcej. Pszczoły i wizja świata nich pozbawionego (a nie jest to wbrew pozorom wizja nierealna, lecz całkiem prawdopodobna), są tylko pretekstem, by pokazać relacje między rodzicami i dziećmi.

Jest próbą uchwycenia tej pajęczyny powiązań pomiędzy najbliższymi sobie ludźmi. Pomiędzy istotami z tej samej krwi. Linde stara się pokazać, jak dochodzi do konfrontacji oczekiwań i nadziei pokładanych w potomstwie, z rzeczywistością, w której dzieci okazują się zupełnie odrębnymi istotami. Bytami, które mogą mieć zupełnie inny pomysł na życie, inny zestaw wartości, całkowicie inne marzenia. Mogą też (i najczęściej tak się dzieje) zupełnie inaczej postrzegać swoich rodziców niż tym ostatnim się wydaje. Inaczej odbierają ich zachowanie, przypisują im inne motywacje, niekoniecznie zgodnie z prawdą.

W swoich oczach obie strony nie przeglądają się niczym w zwierciadle. Nie. Często rodzice chcieliby w swych pociechach widzieć kontynuację swojego życia, swoich wyborów, swojej drogi. Jakąś formę ciągłości i próbą pozostawienia po sobie czegoś trwałego. To dziecko, ten człowiek ma być ich przepustką do wieczności. Ich opus magnum. Każdy zaś przejaw sprzeciwu wobec tej idei, odbierany jest jako niewdzięczność, brak szacunku, niesprawiedliwość i niczym niezasłużoną krzywdę. Są takie relacje, a krzywdzą one obie strony bardzo dotkliwie. Przecież oczekiwanie, że ktoś będzie chciał prowadzić dokładnie takie samo życie, jest nieludzkie. Pozbawia tę drugą stronę wyboru. Wprowadza go na tory pozbawione zwrotnic. Tymczasem każdy człowiek zasługuje na to, aby stanowić o sobie.

Nie wiem, czy nie gorsze jest jeszcze inne podejście. Oczekiwanie, że dziecku uda się osiągnąć to, czego rodzic nie zdołał. Zrealizować marzenia, o których ten wciąż śni, choć nie jest już w stanie zrobić niczego, aby je urzeczywistnić. Odbiera się mu tym samym prawo do tworzenia i osiągania własnych marzeń i snów.

W imię miłości

Czy to nie dziwne, że to wszystko może dziać się w imię miłości? Poświęciłem Ci życie, wychowałem na własnej piersi, a Ty tak mi się odwdzięczasz? Ile razy słyszałeś takie zdanie? Mam szczerą nadzieję, że tylko w filmach lub na kartach powieści zetknąłeś się z tak dosłownym komunikatem. Czy może być bardziej niesprawiedliwy argument? Używając go, całkowicie zamyka się pole do dyskusji. Nie ma w nim niczego, poza łzami, krzykiem i złamanym sercem, które długo będzie leczyć rany.

Ale może być też tak, że życie rodziców będzie faktycznie inspiracją. Otworzy ścieżki rozwoju dziecka, pokaże mu piękno ich pracy, doświadczenia. Sprawi, że ono samo, z własnej nieprzymuszonej woli, będzie iść tą samą ścieżką. Kroki będzie stawiać po swojemu, trzymając w ręce tę samą mapę i kompas, na który złożą się moralne, życiowe wskazówki. Czy można wyobrazić sobie większe szczęście dla rodzica?

Patrząc w przyszłość i oglądając się wstecz

Być może kiedyś się tego dowiem. A może pozostanie to tylko przedmiotem moich czysto teoretycznych rozważań. Nie wiem, co przyniesie mi życie. Nie wszystko da się zaplanować, przewidzieć, nie na wszystko da się przygotować. Wiem jednak, że patrząc na swoje życie, jak sam byłem wychowywany i jak do tego życia zostałem przygotowany, miałem olbrzymie szczęście. Mogłem swobodnie się rozwijać, byłem wspierany w swoich wyborach, mimo że nie zawsze były one zgodne z pragnieniami i oczekiwaniami rodziców. Nawet jednak kiedy te różnice były aż nadto widoczne i wyraźne, miałem pełne przekonanie, że nie zostanę w tym sam. Prawo i możliwość popełniania własnych błędów i wyciągania z nich wniosków to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie otrzymałem, Oprócz bezwarunkowej miłości oczywiście.

Nie zawsze byłem w stanie docenić to wtedy, kiedy powinienem, ale wraz z upływem lat, jest to dla mnie coraz bardziej oczywiste. I stanowi dług, którego być może nigdy nie będę w stanie spłacić.

A przecież życie nie jest prostym rachunkiem zysków i strat, czy grą o sumie zerowej. Zbyt wiele w nim niewiadomych, które dostrzec można, jedynie patrząc wstecz. Wówczas jednak do dyspozycji mamy już zupełnie inny zestaw zmiennych, więc siłą rzeczy wynik też będzie inny.

Warto jednak próbować. Chybić. Próbować znowu. Chybić znowu. Chybić lepiej. (Martin Caparros “Głód”).