Głód, czyli nędza przyszłości

Martin Caparros "Głód"

0

Czego potrzebujesz, aby być szczęśliwym? Lepszej pracy? Szczęśliwego związku? Sześciu zer na koncie? A co powiesz na dwie krowy? Czy potrafisz postawić się na miejscu osoby, która w taki sposób odpowiada na pytanie o to, co sprawiłoby, że będzie szczęśliwa? Nawet dopytana, że może zażyczyć sobie czegokolwiek na świecie, CZEGOKOLWIEK, podtrzyma swoje zdanie. Dwie krowy w zupełności jej wystarczą, bo wtedy nie będzie się już martwić o jedzenie. Będzie mieć pewność, że każdego dnia będzie mieć co zjeść i nie będzie chciała zasnąć tylko po to, aby nie czuć głodu.

To jedna z definicji skrajnej nędzy. Kiedy nie tylko nie masz nadziei na lepszą przyszłość i nie wierzysz już, że kiedykolwiek coś się zmieni, czy wydarzy coś, co diametralnie odmieni Twój los. Skrajna nędza to nędza przyszłości. Stan, w którym przyszłość w ogóle nie istnieje w Twojej świadomości. Nie ma jej. Nie ma horyzontu, do którego możesz dążyć. Nie ma dalekosiężnych planów. Nie powstaje nawet myśl, że takie plany można snuć. Jest tylko nieustanna, niekończąca się teraźniejszość. Chwila obecna wypełniona pragnieniem, ssaniem w żołądku, niepewnością i zrezygnowaniem, pogodzeniem się ze swoim przeznaczeniem. Nie ma nawet złorzeczenia na ten stan rzeczy. Nie ma niczego poza bezsilnością. Takie życie ma ustalony tor, z którego nie można się wydostać. Nawet myślą. To właśnie skrajna nędza.

W pułapce wygodnego życia

Sam jestem hipokrytą. Piszę o tym wszystkim po przeczytaniu książki o znamiennym tytule “Głód”. Kupiłem ją wprawdzie na promocji za 10 zł, ale czytałem już na czytniku za 250 dolarów. Teraz wstukuję kolejne słowa na komputerze może i nie najnowszym, bo mającym już cztery lata, ale obiektywnie wciąż całkiem niezłym. Za oknem szaleje zimowa zawierucha, a ja siedzę wygodnie w ciepłym pokoju, przy jazzowych dźwiękach. Syty.

Czy w takim razie mam w ogóle moralne prawo do wymądrzania się na temat biedy, nędzy i głodu? Czy to, że od roku wpłacam na konto Unicef równowartość abonamentu Netflixa (a właściwie nie muszę o tym pamiętać, gdyż co miesiąc odpowiednia kwota jest pobierana automatycznie), daje mi takie prawo? A może daje mi je przeczytanie książki Martina Caparrosa?

Część z faktów w niej przedstawionych była mi przecież znana, a przynajmniej w którymś momencie dotarła do mojej świadomości poprzez nagłówek w gazecie, czy reportaż w telewizji. Wiedziałem, że na świecie głoduje kilkaset milionów ludzi. Nie mają bieżącej wody. Nie mają lekarstw. Często nie mają niczego, nawet kawałka własnej ziemi, przez co muszą uciekać, migrować, tułać się. Wiem, że są na świecie złe korporacje, kapitalistyczne państwa, wyzyskujące najbiedniejsze kraje do własnych celów i korzyści.

Przecież ja to wszystko wiem. Ty zresztą też. Ale czy to cokolwiek dla mnie znaczy? Czy cokolwiek robię z tą wiedzą? Czy chociaż raz miałem przez to kłopoty z zaśnięciem? Czy raczej troska i wyrzuty sumienia trwają przez kilka minut (w najlepszym wypadku) po zetknięciu się z wiadomościami przypominającymi o tych tragicznych aspektach świata. Znowu dzieci w Afryce umierają. Znowu uchodźcy z Syrii marzną i nie mają się gdzie podziać. Znowu coś. Czyż nie jest tak? Nigdy nie masz takich myśli? W takim razie popraw mnie jeśli się mylę.

Przecież robię, co mogę

Z drugiej strony, to wszystko dzieje się gdzieś hen daleko, nie dotyczy mnie bezpośrednio. Sam staram się żyć porządnie. Segreguję śmieci (nawet jeśli później i tak lądują w jednej śmieciarce), kupuję lokalne produkty (chyba że jest promocja w Lidlu na jagody goi), jeżdżę tramwajem do pracy (chyba że pada deszcz, wówczas wsiadam w samochód, przecież nie będę moknął nadaremno), nie obżeram się (zbyt często). Jestem sceptyczny, co do nieomylności rynku i kapitalizmu jako recepty na całe zło świata, oburzam się na wieść o machlojkach, oszustwach i przekrętach obrzydliwie bogatych ludzi, którzy chcą mieć jeszcze więcej (może i pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej jest samemu się o tym przekonać, hehe). Nie potrafię też zrozumieć, jak osoby które doprowadziły do kryzysu finansowego, nie poniosły za to żadnej odpowiedzialności, a banki zostały uratowane setkami miliardów dolarów (!), które prawdopodobnie rozwiązałyby problem głodu na świecie raz na zawsze.

Wiem i robię to wszystko, ale w głębi cieszę się, że to wszystko nie dotyczy mnie bezpośrednio (a przynajmniej wygodnie jest żyć w takim przeświadczeniu). Cieszę się, ze miałem szczęście urodzić się w Pierwszym Świecie, a nie Drugim, czy Trzecim. Jestem częścią Zachodu, a przynajmniej na moment pisania tego tekstu Polska wciąż doń należy) i dobrze mi z tym. Oczywiście przykro mi, że dzieci w Afryce umierają, ale co można na to poradzić? Czy można zmienić system będąc jego częścią i czerpiąc z niego korzyści? Skoro inni, bardziej zasobni ode mnie, lepiej wykształceni, bardziej wpływowi, popularni od lat próbują z rozmaitym skutkiem, to cóż ja, zwykły człowiek mogę jeszcze zrobić?

Mam prawo do korzystania z tego, co osiągnąłem, co zdobyłem. Przecież to nie moja wina, że urodziłem się tutaj, a nie w Sudanie, czy na Madagaskarze. Za co więc mam przepraszać? Mam rzucić wszystko, rozdać to, co posiadam potrzebującym i dołączyć do ich grona? Czy może godniej i sprawiedliwiej, właściwiej jest żyć wystarczająco dobrze, wiedząc że to nie moja wina, że świat jest tak skonstruowany, że tyle w nim niegodziwości.

Sam przecież niczego nie zmienię, a nawet w swoich skromnych możliwościach, pomagam. Wspieram czasem różne zbiórki, oddaję niepotrzebne rzeczy ubogim. Nie jestem taki zły, jak inni. Żyję swoim życiem i robię co mogę, aby innym nie szkodzić, a przy okazji mnie działo się w miarę możliwości dobrze.

Brzmi znajomo? Wymówki te mógłbym mnożyć jeszcze długo i jestem pewien, że możesz się podpisać pod większością z tych stwierdzeń. Tylko jakie to świadectwo wystawia mnie i (być może) Tobie? Co ze mnie za dobry człowiek, który może i pochyla się nad niesprawiedliwością świata, w którym kilka procent najbogatszych ma majątek większy niż cała reszta, ale na koniec dnia obejrzę kolejny odcinek serialu, włączę konsolę, poczytam, powpatruję się w ekran smartfona, po czym spokojnie zasnę snem sprawiedliwego. Martwiąc się co najwyżej o to, czy rano będzie mi się chciało wstać, kiedy budzik zadzwoni.

“Jak do diabła, możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?”

No właśnie, jak? Jak mogę wydać na telefon kwotę, która wystarczyłaby do wyżywienia afrykańskiego dziecka przez kilka miesięcy? A co mi da ten smartfon? Będę mógł zrobić lepsze zdjęcia na Instagrama. Trudno zadawać sobie takie pytania. Jeszcze trudniej zdobyć się na szczerą odpowiedź. A ta nie może być usprawiedliwiana nieświadomością, brakiem wiedzy. Nie w świecie, w którym informacje błyskawicznie obiegają cały świat.

Nie w świecie, w którym wbrew pozorom wcale nie brakuje żywności. Jest jej nawet w nadmiarze. Wszystko to kwestia odpowiedniego dystrybuowania. I jednego drobiazgu. Żywność stała się takim samym towarem, jak wszystko inne. Czymś na czym można nieźle zarobić. Dlatego najbiedniejszych na nią nie stać. Nie mogą sobie pozwolić na przyszłość. Świat ich jej pozbawił. Nasz świat. Mój i Twój.

Bogactwo przyszłości

Czy nie masz czasem wrażenia, że jesteś zamknięty w jednym sposobie myślenia? Nie widzisz wyjścia z sytuacji? Następnym razem pomyśl o historii z krowami z początku tego tekstu i zdobądź się na refleksję, czy aby na pewno tak jest? Czy naprawdę nie masz żadnych opcji? I czy Twój los faktycznie nie różni się od losu tego biedaka? Trochę dystansu do samego siebie i pokory wobec życia dobrze Ci zrobi.

Nie bój się marzyć szeroko, bo masz szczęście żyć w świecie, w którym jesteś w stanie osiągnąć naprawdę wiele. Nawet jeśli nie wszystko zależy od Ciebie, to i tak dopóki prawdziwy głód znasz tylko z książek, gazet, telewizji, czy internetu, to wszystko inne jest tylko wymówką.

Co tą książką?

Martin Caparros Głód

Być może zastanawiasz się, dlaczego tak mało wspominam o samej książce. To proste. “Głód” boli. Do tego stopnia, że nie byłem w stanie czytać jej jednym ciągiem. Sama lektura zajęła mi ponad rok. Musiałem ją sobie dawkować. Robić przerwy i brać oddech. Nie potrafiłem inaczej. Na bieżąco notowałem sobie jedynie krótkie spostrzeżenia i cytaty, do których później wracałem. To reportaż, który nie pozwala przejść obok siebie obojętnie i przede wszystkim zmusza do myślenia, do refleksji. To wszystko jest zaś zapisem moich zmagań z samym sobą.