Firewatch – dramat między słowami

Siła opowieści tkwi w emocjach

0

Wysiadasz z samochodu i od pierwszej sekundy wiesz, że przyjazd tutaj był dobrą decyzją. Jedną z lepszych, jakie w ostatnim czasie podjąłeś. Rozglądasz się wokół i widzisz las skąpany w ciepłych barwach zachodzącego słońca. W oddali majaczą niedostępne góry. Gdzieś w pobliżu przemykają dzikie zwierzęta. Nie dostrzegasz ich, ale słyszysz i czujesz ich obecność. Za tablicą informacyjną rozpoczyna się szlak. Wąska ścieżka mająca doprowadzić Cię do celu podróży – miejsca, w którym spędzisz najbliższe miesiące, wypatrując pierwszych oznak pożaru. Łapiesz plecak, zarzucasz go na ramiona i dziarskim krokiem ruszasz przed siebie. Czas zmierzyć się z samotnością.

Tak właśnie rozpoczyna się Firewatch, jedna z najbardziej frapujących opowieści, z jaką miałem do czynienia. Tak się przy okazji składa, że jest to gra, co tylko potwierdza, że medium to stało się doskonałym środkiem do opowiadania historii. Rozrywka rozrywką, ale siła opowieści zawsze tkwi w emocjach. Tych natomiast tutaj nie brakuje.

Nie spodziewaj się jednak ckliwej historyjki rodem z tanich romansideł i fotokomiksów z śp. Bravo. Firewatch zabierze Cię w podróż do wnętrza ludzkiego serca. Tam, gdzie skrywają się prawdziwe uczucia, rozterki i motywacje. Do miejsca, które ukrywa się przed całym światem, a często nawet przed sobą.

Chodź, opowiem Ci coś

To historia opowiedziana z wdziękiem. Konsekwentnie budowana, przez co bohaterowie są w pełni wiarygodni. A nie było to prostym zadaniem, bowiem ani Henrego (przez oczy którego oglądamy świat) ani Delilah (przełożona, z którą mamy kontakt jedynie przez krótkofalówkę) nie widzimy ani przez chwilę. Właśnie prowadzone przez nich rozmowy stanowią o sile Firewatcha. Są tak żywe i naturalne, jak tylko to możliwe. Rozpisane i odegrane po prostu świetnie, nie rażą sztucznością. Przeciwnie, wsłuchując się w kolejne słowne utarczki i szczere wyznania, dwójka bohaterów staje się postaciami z krwi i kości. Miałem wręcz wrażenie, jakbym podsłuchiwał prawdziwych ludzi.

Subtelności. Emocje ukryte w półsłówkach i uśmiechu. Rodząca się więź pomiędzy dwojgiem doświadczonych przez życie osób, z których każda ma swoje powody, by ukrywać się przed światem i szukać schronienia w głuchej ciszy dzikiej przyrody. Ciszy, która pozwala wsłuchać się w wewnętrzny głos i odnaleźć odpowiedzi na dręczące pytania. Pozornie idylliczna sceneria staje się tłem osobistych dramatów, których źródła biją w przeszłości, o których chciałoby się już zapomnieć. Nie sposób tego jednak zrobić, gdy wciąż mają tak silny wpływ na chwilę obecną.

A może być tak rzucić wszystko?

Można bowiem rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady (nawet jeśli jest to Wyoming w USA), ale nie da się bez końca uciekać przed samym sobą. Nierozliczone, niezakończone sprawy będą podążać krok w krok, a rzucany przez nie cień stawać się będzie coraz chłodniejszy, aż w końcu całkowicie przesłoni jasność dnia, odbierając resztki nadziei i chęci do życia.

Nie można budować szczęśliwej przyszłości, uciekając przed konsekwencjami swoich wyborów. Trzeba stawić im czoło, bez względu na to, dokąd to doprowadzi. Dopiero wówczas człowiek może stać się prawdziwie wolny. A może nawet szczęśliwy?

Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, że gry stały się sztuką? Jeśli potrafią wzbudzić takie emocje, sprawić, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad tym, czego doświadczył, zadawać sobie szereg pytań, szukać na nie odpowiedzi, to właśnie zetknął się z jej definicją.

Sztuka ma bowiem poruszać, nie może pozostawiać obojętnym. Firewatch wywiązuje się z tego zadania doskonale.